Show newer

There was a stretch when Elon Musk took over twitter and started charging for blue checks (lmao) and some of his sycophants started talking about “Veblen goods.”

A Veblen good is something for which demand *increases* as price increases, in contact to the neoclassical orthodoxy that demand decreases axiomatically with price.

Veblen goods are things that rich people buy to signal their wealth and status. Jewelry, fancy watches, yachts, Ivy League degrees. Things that cost many thousands or millions of dollars.

The idea that an $8 verification on twitter would ever be a status symbol for the rich was fucking ludicrous.

1/8

what a great excuse to stop pulling up the weeds in the cracks; random acts of art!

#art #gardening

Dekadę po Snowdenie nadal musimy walczyć o naszą prywatność w Internecie:
oko.press/dlaczego-wszystkie-t

> Chat Control i podobne próby odarcia nas z prawa do prywatnej komunikacji są opakowywane w narrację o „ukrywaniu się w ciemnościach” (ang. „going dark”) w odniesieniu do faktu, że coraz więcej naszej cyfrowej korespondencji odbywa się szyfrowanymi kanałami, do których służby nie mają już tak łatwego dostępu.

> Jak gdyby zupełnie naturalna potrzeba prywatności była z gruntu podejrzana. 👀

#Polska

reinventing the wheel so I can have a wheel that doesn't sell my data

A Brief History of Things Were Better 50 Years Ago

🧵

Some people love cold. I understand them. But having had to walk a long way home after falling into a water-filled ditch in freezing weather I disagree :) rc.sh2.us/2019/03/15/why-cold

@futurebird one way to look at how similarly brains work when compared to our computer simulations is by power use; for an average person on a 2,000 calorie diet, their brain is using 20 watts. that's a pretty low power desktop-capable computer.

it takes hundreds to thousands of watts for computers to just parrot single aspects of our brains. training them takes orders of magnitude more.

our brains are so much more vastly efficient than computers it beggars belief. at least, it would if you thought brains worked like computers. and that alone is reason enough for me to disagree with the notion that they are.
Ciut spartaczyliśmy, ale do naprawienia, a generalnie wyszło całkiem spoko.
Co wyszło? Pierwszy kawałek ula w wersji DIY praktycznie skończony.
Idzie wolno ale to także dlatego, że wszystko jest ciut na czuja, a narzędzia do budowy tworzą się w trakcie pracy.
No i ile zabawy… dobry dzień! :)

#beeKeeping #BeeHive #DIY

Ok, a jakby tak założyć artystyczny kolektyw z czterema osobami uczniowskimi, które właśnie skończyło się uczyć muzyki w liceum, ale od dwóch lat budowaliście swoje zaufanie, dotarliście się, one mają niesamowitą energię i dojrzałość oraz zetkową perspektywę, czyli coś nieobecnego w dyskursie, a ja mam zasoby, żeby pomóc im realizować wspólne przedsięwzięcia? Na beszczela, manifestowo i performatywnie? A jakby tak ten kolektyw już był zainicjowany, jakby były jakieś pomysły na działania i pełne wzajemne zaufanie, żeby robić taki performans, korzystając z dwóch lat wspólnych rozkmin i przemyśleń? Czy w ogóle artystki będące w/tuż po liceum mają jakikolwiek głos na forum? Czy nie powinny mieć? Czy to nie jest patologiczna sytuacja?

Made a first pass at our black raspberries this morning. Didn't expect much, so it was a pleasant surprise to glean more than two cups from just the bushes around the house. The drought has put a dent in the amount and size. Anything we get is a blessing. And the "more than" was just enough to share with our friendly yard turtle. As you can see, he totally hates them. 😆

#today #NaturePhotography #nature #turtles #foraging #BlackRaspberries #photography

Do you think "mind uploading" will *ever* be possible?

This is some scenario where a human mind is copied and modeled digitally.

This isn't a ship of Theseus situation where a brain is slowly replaced over time.

I am impressed how quickly one can down a fly with a spray of isopropyl alcohol. They really don’t like it :-)

OMG. The bun from earlier has a little family in the bushes next to our house and they all just came out and jumped all over her. I am ded from cuteness.

Odnośnie ostatnich dni... Niestety, problemem środowiska lekarskiego od lat jest to, że zamiast stawać po stronie pacjentów i zdrowia publicznego, zachowuje się jak broniąca swoich przywilejów gildia. Zamiast przyznać, że problemem jest klauzula sumienia i wykorzystywanie jej przez fanatycznych lekarzy do porzucania pacjentów (którzy z jakiegoś powodu uznali, że primum non nocere to jedynie luźna sugestia), wolą zwierać szyki i krzyczeć o nagonkach lub linczach za każdym razem, gdy pacjentka poniesie śmierć wskutek braku działania.

Bo sumienie nie pozwala. Bo prawo jest takie. Bo się boją konsekwencji.

Bo robienie tego, co etyczne, jest zwyczajnie drogie.

Widzicie, mentalność gildii to jedno. Perwersyjność polskiego systemu ochrony zdrowia to drugie. Zgodnie z neoliberalną doktryną, opieka zdrowotna została podporządkowana w znacznej mierze logice rynku. Ale jak to, spytacie się, przecież mamy NFZ i publiczne ubezpieczenia zdrowotne, prawda?

Ano mamy. Problem w tym, że został on ustawiony w najgorszy możliwy sposób. Weźmy dla przykładu POZ. Lekarze podstawowej opieki zdrowotnej otrzymują na każdego pacjenta określoną stawkę kapitacyjną, z której pokrywają koszty pracy. Niby logiczne, prowadzisz pacjenta, to dostajesz fundusze, prawda?

Schody zaczynają się w momencie, gdy ogarniesz trzy rzeczy: Po pierwsze, stawka wynosi około 190 zł rocznie za pacjenta, czyli niecałe 16 zł miesięcznie. Po drugie, to pieniądze, które muszą pokryć koszt zdiagnozowania pacjenta - i nie tylko, bo, po trzecie, z tych funduszy trzeba pokryć wszystkie koszty pracy. System ewidentnie miał w zamierzeniu doprowadzić do kapitalistycznej "racjonalizacji" wydatków, czyniąc z pacjentów klientów, ze stawki NFZowskiej przychód, a z diagnostyki koszt. I zapewne w zaciszu gabinetów rządowych wszystko ładnie się kalkulowało: Lekarze będą gospodarować oszczędnie, ale dbając o klienta, bo ten przecież zawsze może się przepisać gdzieś indziej, urynkowiony model się sprawdzi, i Polska zostanie potęgą medyczną na kontynent - i Niemcy będą do nas przyjeżdżać się leczyć!

Osoby mniej zaczadzone ideologią neoliberalizmu zauważą jednak ten perwersyjny mechanizm: Tak skonstruowany system zachęca do oszczędzania, owszem, ale nie racjonalnego gospodarowania funduszami. Prosty mechanizm: Im mniej się zleci badań diagnostycznych, tym więcej pieniędzy zostanie w kieszeni - tym bardziej, że koszty leczenia są ponoszone przez inne podmioty, więc opłaca się diagnozować dopiero w momencie, gdy zaczną się poważne komplikacje.

I jest jeszcze czwarty punkt: Jeśli macie znajomych lekarzy, mogliście słyszeć, że "są na kontrakcie". Oznacza to ni mniej, ni więcej, tylko to, że zamiast być zatrudnieni na umowę o pracę działają na zasadzie B2B. I tutaj ten perwersyjny mechanizm jest spotęgowany - w mniejszy lub większy sposób, zależy od wewnętrznych ustaleń danego podmiotu - bo na UOP masz konkretne wynagrodzenie, ubezpieczenie społeczne i inne prawa. Na B2B działasz na zasadach rynkowych i twój dochód zależy bezpośrednio od przychodów i kosztów. A że wszyscy jesteśmy ludźmi żyjącymi w społeczeństwie kapitalistycznym, to istnieją wszelkie zachęty do maksymalizowania dochodu.

Pomysł, który w zapewne miał zapewnić racjonalność w gospodarowaniu pieniędzmi, ostatecznie zachęca do maksymalizowania liczby pacjentów - mając 1500 pacjentów na liście masz ponad 285 tysięcy PLN przychodu rocznie, czyli 23 750 PLN miesięcznie - i jednoczesnego minimalizowania kosztów, bo z tych kilkudziesięciu tysięcy miesięcznie musisz pokryć wszystko. Koszt wynajmu gabinetu, dojazdy, wyposażenie, leasing Tesli, wakacje na Wyspach Kanaryjskich, czy suto zakrapiane imprezy. Zachęca to zatem do oszczędzania na zdrowiu pacjentów i traktowania ich nie jako ludzi, którym masz pomóc najlepiej jak potrafisz, tylko upierdliwych klientów, którzy całkiem dosłownie stanowią dla ciebie koszt.

I jednocześnie klientów, których musisz mieć, więc mozolnie budujesz listę kilku tysięcy pacjentów, z których każdy może przyjść z wizytą, obsługujesz po kilkadziesiąt osób dziennie jak maszyna - bo też jako firma nie podlegasz w znacznej mierze ograniczeniom czasu pracy - i nawet jeśli chcesz, to nie masz możliwości rozpisywania wszystkich potrzebnych badań każdemu pacjentowi, bo to tylko koszt, koszt, koszt.

Ba, masz wszelką motywację do tego, by danego pacjenta mieć na liście i inkasować za niego kasę z NFZ, ale odsyłać ich do siebie do wizyt prywatnie, oczywiście, opłacanych przez pacjenta. W końcu możesz mieć za niego te niecałe 200 zł rocznie... Albo 200 zł za godzinną wizytę. Całe dziedziny ochrony zdrowia w Polsce są de facto sprywatyzowane dzięki temu perwersyjnemu mechanizmowi: NFZ oszczędza nie płacąc za wizytę psychiatryczną albo konsultację seksuologa, a lekarz inkasuje grube pieniądze, bo pacjentowi pozostaje albo cierpieć, albo wysupłać kilkaset złotych za wizytę.

Nawet jeśli pewne procedury są refundowane, to są one fałszywą alternatywą mającą zachęcić, jeśli nie zmusić Polaków do prywatnych wizyt. Kiedy ostatnio leczyliście zęby na NFZ? Spytajcie się, jak wygląda refundacja wypełnień albo implantacji zębów. Obejmuje właściwie wyłącznie najtańsze procedury i średniej jakości materiały, które zgodnie z zasadą butów Sama Vimesa ostatecznie okazują się dużo droższe, bo wymagają częstych poprawek i opieki. Zamiast zrobić raz, a dobrze na dziesięciolecia, jeśli nie całe życie, to robi się to kilkanaście razy.

A jeśli mówimy o czarnorynkowych procedurach... O bogowie, jako ginekolog możesz doskrobać się prawdziwej fortuny w Polsce.

Efekt traktowania pacjenta jako kosztu? Ano taki, że w Polsce profilaktyka leży i kwiczy. Jeśli dane MedTech Polska są dokładne, to zaledwie 3% badań diagnostycznych jest wykonywanych w ramach POZ, a 85% (!) w szpitalach, gdzie Polacy trafiają, bo system nie zachęca do profilaktyki.

Właśnie, system. Moglibyśmy na przykład kontraktować wszystkie badania diagnostyczne bezpośrednio z NFZ, co nie dość, że dałoby ogromne oszczędności ze względu na efekt skali, to przyniosłoby oszczędności ze względu na wyłapywanie problemów na wczesnym etapie i leczenie ich gdy jest to tanie - a nie w momencie, gdy choroba wymyka się spod kontroli i trzeba zająć się naprawianiem zniszczeń. Dla przykładu, 25% więcej badań poziomu glukozy we krwi mogłoby oznaczać oszczędności rzędu pół miliarda złotych, ze względu na wyłapywanie cukrzycy na wczesnym etapie rozwoju i ograniczenie kosztów jej leczenia.

Problem? Wymaga to przełamania zarówno oporu przed inwestowaniem w Polaków (które w Polsce libki zwykły nazywać rozdawnictwem), samych Polaków, których lata celowo duszonej i niedofinansowanej służby zdrowia nauczyły nieufności i niepoddawania się diagnostyce i leczeniu, o ile nie musza, a wreszcie samego środowiska lekarskiego.

Bo ten cholerny system jest tak ułożony, że wszystko zachęca do jego utrzymania. Będą narzekać, psioczyć i krytykować wszelkie zmiany, owszem, ale ten system jest ostatecznie cholernie dochodowy i komfortowy dla posiadaczy prawa wykonywania zawodu - a propozycja likwidacji stawki kapitacyjnej i ograniczeń nią narzuconych oznacza fundamentalne zmiany w finansowaniu opieki na poziomie OZ, co z kolei oznacza bezpośrednie zmiany i zagrożenie dla dochodów lekarzy.

Stąd też bieże się mentalność gildii, zazdrośnie strzegącej swojej fortuny. Krytykować patologiczny system można, działać na rzecz jego faktycznej zmiany już nie - a każdy, kto wyjdzie przed szereg i zagrozi interesom gildii zostanie natychmiast poddany ostracyzmowi. Ale jeśli siedzisz cicho, robisz swoje i chronisz swoich kolegów po fachu przed każdym, nawet najbardziej uzasadnionym zarzutem? To system gwarantuje ci sukces, bogactwo i co najważniejsze, networking i zamożnych sprzymierzeńców.

Nie oznacza to, że lekarze są fundamentalnie źli, brońcie bogowie. Po prostu gdy patrzymy na Polskę, warto uświadomić sobie, że system zbudowany po 1989 r. jest po prostu fundamentalnie zły, zepsuty do szpiku kości, a ktokolwiek funkcjonujący w jego obiegu ma wszelkie powody, by się temu zepsuciu po prostu poddać - i bardzo, bardzo niewiele, by stawić mu opór.

(brzmi jak rozprawka na temat polskich pozytywistów, nieprawda?)

Polska polityka, prawa człowieka 

Ubolewam, że Jacka Wesołowskiego nie ma na fedi. Dlatego macie kopypastę z tego, co wrzucił na fejsie z okazji marszu 4 czerwca:

Zazwyczaj w tym miejscu byłaby relacja z dużej demonstracji, która, jak to w demokracji, może się podobać albo i nie, ale na pewno jest istotna, więc warto się jej przyglądać.
Tym razem relacji nie będzie, bo jestem przepracowany, przemęczony i w ogóle bryndza. Przyczyny są zasadniczo nieistotne i jak raz nie mają nic wspólnego z Polską jako krajem. Pracuję zdalnie w niemieckim studiu i dopiero co mieliśmy niezbyt pomyślną premierę, co w mojej branży oznacza nawał roboty. Tak bywa i nie ma co się nad tym rozczulać.
Ale.
Warto pamiętać.
Że.
Przepracowanie i przemęczenie wyklucza ludzi z aktywności politycznej.
Dlatego jeśli chcecie, żeby Polska zmieniała się na lepsze, a ludzie udzielali się w polityce, chociażby w formie uczestnictwa w demonstracjach, to warto dbać o to, żeby ci ludzie:
- dobrze zarabiali i nie musieli tyrać
- wychodzili z pracy o sensownej godzinie i mogli zająć się swoimi sprawami, żeby potem mieć czas się udzielać.
- byli w pracy dobrze traktowani, po to żeby w weekend nie byli wypruci
- mogli łatwo dojechać tam, gdzie akurat coś się dzieje
A to oznacza, że inicjatywy polityczne takie jak:
- skrócenie tygodnia roboczego,
- podniesienie płacy minimalnej,
- wzmocnienie Państwowej Inspekcji Pracy
- czy nawet rozwój transportu zbiorowego (widzieliście te zdjęcia tłumów w metrze?),
...mają równie wiele wspólnego z wolnością, równością i demokracją co brak cenzury, policja, która nie pałuje i rzetelna ordynacja wyborcza. Samo się nie zrobi, muszą zrobić ludzie, a żeby mogli zrobić, muszą mieć czas, siłę, zdrowie i pieniądze.

Link do oryginału: facebook.com/jzwesolowski/post

Show older
CleverLibre Social

CleverLibre Social is an inclusive social instance for open discussion, learning, and community.
All cultures welcome.
Hate speech and harassment strictly forbidden.